Fala tłumu zalewa city w ciągu dnia trzykrotnie. 
W drodze do pracy, w czasie przerwy obiadowej i w godzinach wieczornych, marynarki i żakiety zasuwają po betonie w jaskrawych adidasach niekończącym się tłumem. 
To tłum, który się pcha zawzięcie i uparcie, tempem olimpijskim.




Sezonowo turyści z całego świata w liczbie nie do ustalenia zasypują miasto grupkami bardziej i mniej zorganizowanymi, na rowerach, w rowerowych rikszach, odkrytymi autobusami i statkami po rzece.
Często w jednakowych czapeczkach albo koszulkach.
Mieniąc miasto jednym wielkim muzealnym deptakiem w kótrym robi się zakupy, turyści nagminnie traktują wszelkie przepisy ruchu z wielką swobodą, włażąc i wcale nie patrząc i uśmiechając się do tego głupkowato. A tłum po drogach pędzi z takim zacięciem jak tłum krawatów i broszek po chodnikach, tyle że znacznie prędzej.
Bywa naprawdę niebezpiecznie.
Taksówki. Wszędzie taksówki. I autobusy. I limuzyny. I ogromne ciężarówki. I busy. I rowerzyści. I służby miejskie oraz tłumy budowlańców. I kwestujący rozmaite sprawy wolontariusze, miłośnicy różnorakich religii, listonosze, kurierzy, legion parkingowych i profesjonalni żebracy. A wszystkiego opór.
I to wszystko się mieści, czasem jest ciaśniej ale miejsca jest dla wszystkich i dla wszystkiego.





Zimno jest w cieniu drapaczy chmur. Wiatr też zazwyczaj jest zimny.
I bywa cholernie silny, szczególnie zresztą między wieżowcami.
Często leje jednym cięgiem cały dzień.
Albo nie leje, ale powietrze i tak jest pełne wody i efekt jest tak samo uciążliwy.
Bywa też słonecznie.
W czasie złej pogody, po ulicach wśród masy innych śmieci i rozbitego szkła, poniewiera się na okrasę mnóstwo połamanych parasolek.
Zawsze.

Zapachy i dźwięki, języki i melodie, hałas i szum, czasem nawet słońce i deszcz - to wszystko przechodzi przez miasto w ciągu dnia falami.